A  wszystko zaczęło się od pewnego spotkania. Weszłam na III piętro Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 1 w Łodzi. Poradnia strasznie obskurna, i tym obskurnym korytarzem idzie piękna, długowłosa, świetlista osoba. To była Viola Woźniak – specjalista d/s terapii pedagogicznej i integracji sensorycznej. Miała dla mnie grupę V-klasistów. Pomyślałam, że wolontariat to pierwszy krok do uzdrowienia świata i postanowiłam przyjeżdżać do poradni dwa razy w tygodniu. Dzieci w liczbie 7 były różne. Łączyła je dysleksja i ‘jedynka’ z angielskiego.

Byłam pewna siebie, bo pod pachą miałam program napisany dla uczniów z dysleksją przez dr Joannę Nijakowską (obecnie Profesor UŁ). Tylko, że program był dla uczniów starszych i zakładał, że ci uczniowie już coś wiedzą. Moi nie wiedzieli nic. NIC. Pewność siebie zmalała do zera, bo nagle trzeba było pisać program od początku, dla dzieci młodszych. Dla całej grupy. Na dwa spotkania w tygodniu.

Robiłam to w dzień i w nocy. Przez semestr ciągle kręciło mi się w głowie: ze zmęczenia, z przepracowania i ze stresu. Czy ja w ogóle wiem co robię? Do tego ta dysleksja z książek wcale się nie przekładała na to co działo się w klasie. Nie mogłam jej zrozumieć. Nie mogłam do końca poczuć o co w tym wszystkim chodzi.

Miałam już ogólne pojęcie o tym czym są trudności w uczeniu się, ale te trudności występowały kalejdoskopowo, u każdego inaczej, z różnym natężeniem. U jednego tak, u drugiego inaczej. I nie była to obserwacja jednego grzecznego dziecka w gabinecie. Ja te zajęcia odbierałam na początku jak pracę w ‘małpim gaju’ – wystarczyło poprosić, żeby dzieci wstały, a dzieci wyskakiwały, wskakiwały, robiły slajd pod krzesła (!), poproszone by wystukały rytm stukały bez opamiętania, proszone o spojrzenie w Kartę Pracy patrzyły wszędzie, upuszczały długopisy, temperowały ołówki. A do tego gadały, śmiały się i wyłączały uwagę. I chyba tylko obecność Violi Woźniak na zajęciach powstrzymała mnie przed ucieczką z krzykiem.

Pierwszy rok był szalony. Drugi już nie. Poznałam Dzieci. Poznałam przeciwnika (mam na myśli dysleksję, nie uczestników zajęć) , w dużej mierze dzięki wskazówkom Violi. Nauczyłam się jak wydawać polecenia, żeby uniknąć zbędnego chaosu, jak konstruktywnie wykorzystać ten chaos, jak podawać wiedzę, żeby nie tracić ich uwagi i co robić, żeby mieli ochotę współpracować.

W 6 klasie już nikt nie był zagrożony. Było kilka czwórek z angielskiego. A ja zebrałam materiał do pracy magisterskiej. Bez tego doświadczenia nie byłoby szans na doktorat.

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>