Dysleksja to niezła zołza
Po pierwsze, jak się ją raz złapie, to już nie przechodzi. Po drugie, robi wszystko, by jej nie przyłapano na gorącym uczynku. W tym celu maskuje się jako lenistwo i głupota* i przez to wprowadza chaos do codziennego życia rodzinnego.
Wstęp. Dezorientacja.
Każdy rodzic marzy o tym, by jego dziecku dobrze się wiodło w życiu. Każdy rodzic marzy (świadomie, podświadomie, a może i nieświadomie), by dziecku wiodło się też w szkole. Jakoś tak się przyjęło, że jak masz dobre stopnie i jesteś pracowity, to dostaniesz się na dobre studia, a później dostaniesz dobrą pracę, i już kosząc grubą kasę, będziesz sobie plumkał nóżką we własnym basenie. Że jest to założenie wielokrotnie nieprawdziwe, to już zupełnie inna kwestia. Ale żeby w życiu ten sukces osiągnąć, trzeba przede wszystkim nauczyć się czytać i pisać (prawnik, lekarz, architekt – no po prostu muszą). A zdarza się tak, że nabywanie tych sprawności idzie jak po grudzie. Dziecko jakby nie chce się nauczyć: a to nie rozumie, a to nie pamięta, a to z krzesła spada w trakcie ćwiczeń, a to się zaczyna złościć, a to ucieka z pokoju.
Mądrość rodzinna zazwyczaj sprowadza się do następującej treści: jak będziesz więcej pracował, to się nauczysz. Co w rzeczywistości oznacza: nie umiesz, bo za mało pracujesz. Ból w sercu – dziecko leniwe. Jeśli żar pracy z dzieckiem w rodzicach jednak nie wygasa zbyt szybko, a i dziecko wykazuje staranie, to może zdarzyć się jeszcze gorzej. Uczy się, a nie umie. Rozpacz.
Ta maskarada urządzana przez dysleksję dewastuje często i dziecko, i jego rodzinę. Chyba nie trzeba opisywać, co się dzieje z poczuciem wartości dziecka, które czuje, że budzi rozczarowanie, zdenerwowanie lub choćby niepokój w rodzicach. Chyba nie trzeba wspominać o tym, ile niepokoju, gniewu może przeżywać rodzic martwiący się o swoje dziecko.
Na szczęście zdarza się, że rodzice przyglądają się dziecku i widzą, że coś nie gra, że obraz jakiś niespójny – bo przecież dziecko bystre, wygadane. Na oko widać, że inteligentne. Może trzeba to sprawdzić? I trafiają do poradni. Miła pani stawia diagnozę. Uff.
Pierwszy etap za nami. A co jak „papierek” już jest? Według jakich scenariuszy akcja rodzinna może rozgrywać się dalej?
Scenariusz pierwszy. Klapa.
Gorzej, gdy któreś z rodziców nie wierzy w te bzdury o dysleksji. Przecież dawniej nie było dysleksji, jak się przysiądzie to będą efekty, korepetycje są dla leniwych, żadnych poradni, w naszej rodzinie wszyscy dobrze się uczą.
Jeśli jedno z rodziców temat wypiera, to cały ciężar zarządzania problemem spada na drugiego rodzica, któremu zazwyczaj i serce pęka, i któremu też czasem z przeciążenia pęka głowa. I choć lipiec i sierpień jak zawsze za pasem, te 10 miesięcy z dysleksją potrafią pogrążyć niejedną rodzinę. Zrobiło się depresyjnie — idziemy dalej.
Scenariusz drugi. Nowa (dez)organizacja.
W domu panuje zgoda co do przyczyn trudności dziecka. I nie są nimi wcale lenistwo czy głupota. Rodzina powoli się uczy, jak z dysleksją żyć, czyli jak stosować techniki wielozmysłowe, by przygotowywać się do testów i klasówek wraz z dzieckiem.
I tu zaczyna się praca u podstaw rodzica – najpierw sam obczytuje, przetwarza materiał, a później produkuje rozwiązania – karteczki, tabelki, plakaty.
Po odrobieniu lekcji, tak koło 23: 00, i po ogarnięciu wszystkiego, już grubo po godzinie duchów rodzic śmiało może doczołgać się do łóżka ze świadomością, że od jutra czeka go to samo.
Łatwiej jest, gdy rodzice dzielą się zadaniami – jedno zajmuje się historią i geografią, drugie przedmiotami ścisłymi, ten pierwszy bierze na siebie też język obcy, a drugi odrabia z dzieckiem polski – jednym słowem nowa (dez)organizacja życia całej rodziny. Każdy robi swój kawałek i rodzice wzajemnie się wspierają. Wspierają też dziecko, które tego wsparcia potrzebuje najbardziej. Niby oczywiste.
Po drodze może się okazać, że któreś z rodziców wspaniale odnajduje się w roli pedagoga i wyżywa się twórczo, co umacnia relację z dzieckiem. Wtedy ten nowy scenariusz stanowi o nowej jakości życia.
Napisy końcowe.
A więc dysleksja to niezła zołza, acz na każdą zołzę jest sposób. Dobra diagnoza, przyjęcie jej do wiadomości i wewnętrzna na nią zgoda, spojrzenie na dziecko jak na osobę, której umysł pracuje w odmienny sposób, rewizja oczekiwań własnych, skuteczna terapia, tysiące godzin zainwestowanych w pracę i relację z dzieckiem. Jest moc – każda zołza zmięknie.