Dawniej nie było dysleksji
Kiedy rozmawiam z kimś o swojej pracy, najczęściej słyszę pewne zdanie, które przybiera formę a to zapytania, a to definitywnego stwierdzenia, a to wątpliwości, a to ciekawości.
Czasem jest ono zupełnie lub prawie niewinne, czasem wręcz wrogie, a brzmi mniej więcej tak:
Dawniej nie było dysleksji.
Jest to stwierdzenie nader podchwytliwe, jako że osoba, która je wypowiada, jest pełna wiary w jego prawdziwość.
Jest pewna, że stoją za nim niezbite dowody braku obecności dysleksji w historii świata i badaniach na Harvardzie. A jakże:
- W klasie nie było żadnego dyslektyka.
- W klasie był, co prawda, uczeń z trudnościami, ale nikt go dyslektykiem nie nazywał.
- W klasie była osoba, o której wiedziano, że jest dyslektykiem, lecz nazywano go głąbem i leniem, więc jakoś wrażenie się zatarło.
Gdybym za każdym razem dysponowała czasem, pomogłabym rozmówcy osiągnąć jasność jego własnych doświadczeń i wynikających z nich przekonań o obecności lub nieobecności dysleksji.
Gdybym każdorazowo dysponowała czasem i cierpliwością, pomogłabym rozmówcy dotrzeć do meritum dyskomfortu, który odczuwa, gdy myśli o tym, że z tą dysleksją to jakaś ściema, bo kiedyś nie było, a teraz nagle jest.
Przypomniałabym rozmówcy, że jakoś nikt nie wątpi, że cukier szkodzi. I choć nasi przodkowie nie mieli głowy do rozważań na ten temat, obecnie nikomu nie przychodzi do głowy podważenie naukowego faktu o szkodliwości cukru.
Dysleksja z cukrem nie ma nic wspólnego, ale porównanie chyba mi się udało. O jednym i drugim mówi się ostatnimi czasy dużo, a kiedyś mówiło się mało.
Wróćmy jednak do rozmówcy, który jest nieco zirytowany faktem, że tak trąbimy o tej dysleksji, a za jego czasów o niej milczano.
Lata obserwacji prowadzą do pewnej konkluzji, a mianowicie: wszystkim wydaje się, że jak ktoś ma „papierek” stwierdzający dysleksję, to tenże papierek funduje mu jakieś nieprawdopodobne przywileje.
Dlatego większość osób, nawet tych niezaangażowanych w edukację, nawet tych z wyboru bezdzietnych, czuje niechęć do polujących na przywileje dyslektyków.
A gdyby porównać przywileje dyslektyków na teście czy egzaminie do śniadania, to o ile dziecko bez dysleksji na śniadanie dostaje kanapkę z dżemem, to dyslektyk dostaje do tej kanapki, w ramach swoich przywilejów, jeszcze ogórka kiszonego. Serdecznie zapraszam do kolejnego wpisu o udogodnieniach dla dyslektyków.
Zanim się pożegnam, podejmę raz jeszcze wyjściowe rozważanie: dawniej nie było dysleksji.
Tak, był taki czas w historii ludzkości, gdy dysleksja nie miała możliwości manifestacji. To było przed wprowadzeniem alfabetu.
Na szerszą skalę — przed wprowadzeniem obowiązku szkolnego.
A tak naprawdę do świadomości społecznej dysleksja dotarła dzięki coraz skuteczniejszemu diagnozowaniu.
A gen dysleksji, podawany z pokolenia na pokolenie, jak był, tak jest. W tym temacie nic się zmieniło.
