Kiedy rozmawiam z kimś o swojej pracy, najczęściej słyszę pewne zdanie, które przybiera formę a to zapytania, a to definitywnego stwierdzenia, a to wątpliwości, a to ciekawości.

Czasem jest ono zupełnie lub prawie niewinne, czasem wręcz wrogie, a brzmi mniej więcej tak:

Dawniej nie było dysleksji.

Jest to stwierdzenie nader podchwytliwe, jako że osoba, która je wypowiada, jest pełna wiary w jego prawdziwość.

Jest pewna, że stoją za nim niezbite dowody braku obecności dysleksji w historii świata i badaniach na Harvardzie. A jakże:

  1. W klasie nie było żadnego dyslektyka.
  2. W klasie był, co prawda, uczeń z trudnościami, ale nikt go dyslektykiem nie nazywał.
  3. W klasie była osoba, o której wiedziano, że jest dyslektykiem, lecz nazywano go głąbem i leniem, więc jakoś wrażenie się zatarło.

Gdybym za każdym razem dysponowała czasem, pomogłabym rozmówcy osiągnąć jasność jego własnych doświadczeń i wynikających z nich przekonań o obecności lub nieobecności dysleksji.

Gdybym każdorazowo dysponowała czasem i cierpliwością, pomogłabym rozmówcy dotrzeć do meritum dyskomfortu, który odczuwa, gdy myśli o tym, że z tą dysleksją to jakaś ściema, bo kiedyś nie było, a teraz nagle jest.

Przypomniałabym rozmówcy, że jakoś nikt nie wątpi, że cukier szkodzi. I choć nasi przodkowie nie mieli głowy do rozważań na ten temat, obecnie nikomu nie przychodzi do głowy podważenie naukowego faktu o szkodliwości cukru.

Dysleksja z cukrem nie ma nic wspólnego, ale porównanie chyba mi się udało. O jednym i drugim mówi się ostatnimi czasy dużo, a kiedyś mówiło się mało.

Wróćmy jednak do rozmówcy, który jest nieco zirytowany faktem, że tak trąbimy o tej dysleksji, a za jego czasów o niej milczano.

Lata obserwacji prowadzą do pewnej konkluzji, a mianowicie: wszystkim wydaje się, że jak ktoś ma „papierek” stwierdzający dysleksję, to tenże papierek funduje mu jakieś nieprawdopodobne przywileje.

Dlatego większość osób, nawet tych niezaangażowanych w edukację, nawet tych z wyboru bezdzietnych, czuje niechęć do polujących na przywileje dyslektyków.

A gdyby porównać przywileje dyslektyków na teście czy egzaminie do śniadania, to o ile dziecko bez dysleksji na śniadanie dostaje kanapkę z dżemem, to dyslektyk dostaje do tej kanapki, w ramach swoich przywilejów, jeszcze ogórka kiszonego. Serdecznie zapraszam do kolejnego wpisu o udogodnieniach dla dyslektyków.

Zanim się pożegnam, podejmę raz jeszcze wyjściowe rozważanie: dawniej nie było dysleksji.

Tak, był taki czas w historii ludzkości, gdy dysleksja nie miała możliwości manifestacji. To było przed wprowadzeniem alfabetu.

Na szerszą skalę — przed wprowadzeniem obowiązku szkolnego.

A tak naprawdę do świadomości społecznej dysleksja dotarła dzięki coraz skuteczniejszemu diagnozowaniu.

A gen dysleksji, podawany z pokolenia na pokolenie, jak był, tak jest. W tym temacie nic się zmieniło.

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>