Dysleksja nie bierze urlopu
Mało kto pamięta, że dysleksja obowiązuje 24 godziny na dobę. Mało kto myśli o tym, że dysleksja nie traci mocy wraz z ostatnim dzwonkiem.
Rano dysleksję zabiera się do szkoły, potem idzie się z nią do domu, w weekend bierze się ją w odwiedziny do cioci, a latem nawet na wakacje.
Taki wakacyjny, zagraniczny obrazek. Rodzina z dzieckiem. Dziewczynka ma 10 lat i dysleksję. Kiedy mówi się o dysleksji, zdarza się, że przychodzą na myśl nazwiska wybitnych ludzi: Einstein, Andersen. Ona do tej grupy nie należy. Myśli jej się ciężko. Wysławia się z trudem i bywa, że się tym irytuje.
Idzie do IV klasy, a sylabizuje. Słabo zna się na zegarze, myli słowa. Gdy nalewa sobie wody do szklanki, sprawa może skończyć się upadkiem naczynia, sztućców i jeszcze kilku bogu ducha winnych rzeczy na podłogę. Wtedy rodzina krzyczy, wtedy ona krzyczy, a wtedy oni mówią, że to jest dziecko, które krzyczy…
Są wakacje, czyli czas bezwzględnie przez dziewczynkę ulubiony. Niestety nie jest to czas zupełnej beztroski. Po obiedzie trzeba poczytać lekturę, której się nie zdążyło przeczytać w trakcie roku szkolnego. Swoją drogą tekst wydrukowany „dziesiątką”. Czy miał się dzięki temu wydać dziecku krótszy?
Słyszę, jak czyta, i robi mi się słabo. Może dlatego, że upał 40 stopni, a dziecko czyta jakieś mętne opowiadanie. Gdy pytam, o czym czyta, jest zupełnie zaskoczona. Trochę, jakby wcześniej myślała, że cała ta męczarnia jest po to, by nadać literom dźwięki. Nie zna tytułu i nie wie, o czym autor wypocił tych kilka akapitów.
Po kolacji czas na matematykę. Dukanie, pot i łzy w wykonaniu dziecka. Pot i łzy w wykonaniu rodzica… A to przecież wakacje, wyczekany urlop. A jednak nie ma urlopu od dysleksji.