Dzisiaj doświadczyłam największego szczęścia jako nauczyciel/terapeuta: Krzyś, dyslektyk zatwardziały, najbardziej wytrwały uczestnik zajęć, po czterech latach nauki metodą wielozmysłową osiągnął stan metaświadomości językowej i w trakcie zajęć z Present Simple i Present Continuous (dwa bardzo mylące się czasy teraźniejsze w języku angielskim) podzielił się ze mną spostrzeżeniem następującym: Ja mam taką obserwację: jak jest „now” to jest –ing i to be, a jak są te wszystkie inne słowa (tu wymienił) to nie ma –ing?

Łzy stanęły mi w oczach.

Jego Mamie, która bardzo aktywnie uczestniczy w naszych zajęciach, chyba też.

Bo oto po ponad czterech bardzo mozolnych, bardzo pracowitych latach Krzyś będący w I klasie gimnazjum już nie tylko umie uzupełnić ćwiczenie według przykładu, niejako z rozpędu. Krzyś potrafi rozpoznać stan faktyczny i samodzielnie podjąć decyzję o tym czy ten –ing wstawić czy nie.

Ale żeby objąć rozmach tego sukcesu, trzeba najpierw Krzysia poznać.

Krzyś ma głęboką dysleksję. Trudności tego rodzaju dotykają od 2 do 4 procent populacji szkolnej. I ta głęboka dysleksja dotknęła właśnie Krzysia. Głęboka dysleksja na lekcji języka obcego to jak wspinanie się na Mount Everest. W szpilkach, w ciąży, w kajdankach i z zawiązanymi oczami.

Krzyś lubi malować. Mało powiedziane – maluje pięknie. Maluje od zawsze i to tak, że niektórzy mówią, że jak ktoś tak potrafi malować, to już mu ten angielski niepotrzebny. Talent ma po mamie, która ma wiele talentów. Jednym z nich jest jej umiejętność bezwarunkowej i absolutnej akceptacji Syna, który wspina się pod górę. A ta mama wspina się wraz z nim. Nie ciągnie go za uszy. Nie pcha go pod górę. Trzyma go za rękę i zawsze się uśmiecha. I tak idą. Nie jest to lekki spacer. Harują oboje.

Kiedy Krzyś przyszedł na pierwsze zajęcia, był w III klasie SP. Nie wiedział nic. Nie wiedział, że cat to kot, a dog to pies. Nie potrafił powtórzyć słowa sun /san/, które jeszcze długo wymawiał jako /sankt/.

Wzięliśmy się do pracy. Zaczęliśmy od stymulacji świadomości fonologicznej – na początku do każdego słowa Krzyś robił obrazek, bo jako prawopółkulowy dyslektyk Krzyś widzi świat obrazami, a nie słowami/dźwiękami. Wystukiwaliśmy rytm zdań, mało tego: „chodziliśmy i raczkowaliśmy zdania” , do tego skakaliśmy, klaskaliśmy, żeby do każdego zdania, frazy wprowadzić rytm i żeby ten rytm był hakiem pamięciowym – bo przecież o coś trzeba się było zaczepić podczas tej wycieczki pod górę… Jeszcze odbijaliśmy balony i powtarzaliśmy słowa i frazy dziesiątki, setki razy w rytmie, jak mantrę, z różną intonacją i różnymi minami…

Czy myślę, że sukces Krzysia jest wynikiem moich zajęć? Częściowo. Bo przecież Krzyś wraz z mamą wracali do domu i tam spędzili przez ostatnie 4 lata setki godzin na powtarzaniu, powtarzaniu i powtarzaniu.

A więc Krzyś ma głęboką dysleksję. I na poziomie swojego podręcznika bezbłędnie rozpracował gramatykę, czym mnie doprowadza do łez.

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>